Szwecja 2004

Dzień 1 (01.08.2004)
Wyjechaliśmy z Lublina kierując się w stronę Gdyni, gdzie mieliśmy przenocować przed dalszą podróżą.

Dzień 2 (02.08.2004)
Wstaliśmy wcześnie rano. Wujek odwiózł nas do portu, gdzie stał już przycumowany olbrzym. Podczas parkowania panowie w pomarańczowych kubraczkach ponaglali nas słowami: “Szybciej panowie, tu liczy się szybkość!”. Rowery przypięliśmy do barierki, natomiast sakwy, mimo obaw, postanowiliśmy zostawić. Ponieważ podróż miała trwać ponad 10 godzin, zapoznaliśmy się z promem dość dokładnie. Bardzo szybko naszym ulubionym miejscem stała się Cafe Baltica, gdzie za 22 zł można było zjeść mizerną porcję frytek z hamburgerem. Były oczywiście bardziej ekskluzywne restauracje, ale biorąc pod uwagę obecność pana we fraku grającego na pianinie mógłbym się założyć, że za te pieniądze nie dostalibyśmy nawet herbaty ;) Całe szczęście nikt nie ukradł naszych sakw, a pan przy odprawie celnej w porcie powiedział “dziękuję” i “do widzenia”. Z portu wyjechaliśmy po 19, na najbliższym przystanku autobusowym przepakowaliśmy sakwy, co zajęło nam jedynie półtorej godziny :) Co ciekawe, na drodze w stronę portu stał znak drogowy ze swojskim napisem “Gdynia” i mniejszym napisem pod spodem “400 m”. Widocznie droga przez morze nie jest brana pod uwagę. Sytuacja była, że tak powiem, wyrafinowana. Słoneczko zaczynało się chować za horyzontem, a my niespecjalnie wiedzieliśmy gdzie jechać. Wiedzieliśmy o kempingach w Karlskronie, ale jak się okazało już w drodze powrotnej, były dość daleko. Droga od portu była jedna, więc nie było się nad czym zastanawiać. Pojechaliśmy przed siebie. Nieomal pionowe skały po obu stronach drogi sprawiły, że powoli zaczęło do nas docierać gdzie jesteśmy :) Przejechaliśmy przez niewielki most i zauważyliśmy skrzyżowanie. Skręciliśmy w lewo i spostrzegliśmy domy oraz spacerujące starsze małżeństwo. Podjechaliśmy i spytaliśmy czy w pobliżu jest kemping. Przy okazji rozmowy zrozumieli chyba, że chcemy jechać 1000 km na północ, a nie w ogóle :> Wskazali nam drogę i po niedługim czasie dotarliśmy do sporego żółtego domu. Tego dnia mieliśmy szczęście do starszych małżeństw. Kolejne okazało się być z Danii i mimo, że tylko wynajmowali pokój, zaproponowali, żebyśmy zostali. Powiedzieli nam, że właścicielka robi obchody o 5 rano. Podjechaliśmy jeszcze kawałek, aby nie rozbijać się tuż obok domu. Pojechaliśmy małą ścieżką na wysepkę tuż nad Bałtykiem i tam rozbiliśmy namiot. Rowery spięliśmy prowizoryczną linką, przykryliśmy je folią malarską i poszliśmy spać. Tego dnia zrobiliśmy aż dwa i pół kilometra.

Dzień 3 (03.08.2004)
Noc była nieciekawa. Cały czas miałem wrażenie, że ktoś chodzi i co jakiś czas się budziłem. Było to dosyć irytujące, ale kolejnej nocy spałem już spokojnie. Po pobudce okazało się, że pada deszcz. Marna sytuacja. Dopiero drugi dzień w Szwecji, a pogoda już nie dopisuje. Właścicielka chyba jednak nie chodziła, a może nie chciała nas budzić.

001

Otworzyliśmy namiot. Nie ma co, było mokro i nie wyglądało na to, żeby miało się przejaśnić. Ponieważ nie mieliśmy nic lepszego do roboty, zjedliśmy śniadanie. To i większość kolejnych było mało urozmaiconych i składało się z chleba (tego dnia jeszcze prawdziwego), tuńczyka, pasztetu i kabanosów. Po kilku godzinach na całe szczęście zaczęło wychodzić słońce. Wysuszyliśmy trochę namiot i zaczęliśmy go składać. Okazało się, że niefortunnie rozbiliśmy go w miejscu, gdzie zadomowiło się mnóstwo robali :)

003

Ale nie ma co narzekać, nie spaliśmy wszak w pięciogwiazdkowym hotelu. Spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy w drogę. Nie udało nam się spotkać właścicielki domu, ale na pewno była to bardzo miła pani :) Dopiero Szwed nie mówiący po angielsku wytłumaczył nam gdzie jechać. Pojechaliśmy przez Lyckeby i po przejechaniu przez wiele mniejszych miasteczek dotarliśmy do Torsas. Było chłodno, mokro, nadal padał czasem deszcz, ale było fajnie. W oczy rzucają się lasy - wszędzie jest pełno głazów i wygląda to bardzo fajnie. W mieście znaleźliśmy mały barek, gdzie zjedliśmy potrawę zowącą się snitsarre. Był to właściwie duży hamburger. Cena też była duża - kosztował 35 SEK, czyli jakieś 18 zł. Poprosiliśmy również o ‘hot water’. Pan załapał samo ‘water’, jednak później naprawił swój błąd i dodał ‘hot’ ;) Dzięki gorącej wodzie zjedliśmy zupę grzybową z torebki. Po posiłku trzeba było poszukać miejsca na nocleg, gdyż robiło się już ciemno. Pojeździliśmy chwilkę po mieście i znaleźliśmy sympatyczny park ze stawem i fontanną.

002

Niestety przez to, że dużo czasu straciliśmy na szukanie wyjazdu z Karlskrony, udało nam się zrobić tylko 69.75 km. Szczerze mówiąc nie podejrzewałem, że wyjechanie z miasta może być takie trudne ;)

Dzień 4 (04.08.2004)
Rano spotkaliśmy szwedzkie małżeństwo mieszkające w domku nad stawem. Spytali, czy jedziemy do Kalmaru i życzyli nam miłej drogi. Jechaliśmy przez wiele mniejszych i większych miejscowości.

005

Tego dnia pogoda wyjątkowo dopisała. Było w sam raz. Przed samym Kalmarem znaleźliśmy ścieżkę rowerową, która okazała się bardzo długa. W pewnym momencie spotkaliśmy pana jadącego na rolkach. Jak się okazało, był to jego pierwszy raz. Na pożegnanie powiedział “see you, maybe in hospital” :)

010

Wyspę Oland łączy z Kalmarem gigantyczny, mający 6 km długości most. Okazało się, że dla rowerzystów jest on otwarty, ale tylko od 19 wieczorem do 7 rano. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc pojeździliśmy sobie po mieście, zrobiliśmy zakupy. To był nasz pierwszy kontakt ze szwedzkim chlebem. Jest to właściwie słodka bułka dająca się conajmniej dwukrotnie skompresować (niezłe ratio). Most faktycznie miał 6 km. Bardzo fajnie się jechało, a nisko w dole można było obserwować wysepki i korony drzew. Widok był niesamowity. Żałuję, że nie mogliśmy się zatrzymać i zrobić zdjęcia. Gdy dotarliśmy na wyspę długo nie mogliśmy się zebrać i poprosić o nocleg. I tak jechaliśmy i jechaliśmy aż dojechaliśmy do Algutsrum.

006

W mieście znaleźliśmy boisko piłkarskie i uznaliśmy, że to będzie dobre miejsce na rozbicie namiotu. Zrobiliśmy 94.75 km. Poszliśmy jeszcze do pobliskiego domu celem zdobycia wody na zupę. W ogrodzie bawiła się dziewczynka, więc spytaliśmy o gorącą wodę. Widać było, że niewiele jej brakowało do wybuchnięcia śmiechem, ale kazała nam poczekać. Po chwili usłyszeliśmy czyjeś śmiechy :] i dostaliśmy upragniony wrzątek. Co ciekawe, pan który nam go przyniósł przywitał nas słowami, które brzmiały mniej więcej jak ’sie ma, sie ma’. Zjedliśmy kolację, rozbiliśmy namiot nieopodal mrowiska i poszliśmy spać.

Dzień 5 (05.08.2004)
Gdy wstaliśmy było bardzo gorąco, i gdyby nie ślicznie przystrzyżone trawniczki, ogromne maszty z flagami Szwecji w prawie każdym ogrodzie, gdyby nie kamienne mury, wielkie wiatraki elektryczne oraz normalne, gdyby nie rowery zostawiane praktycznie bez żadnych zabezpieczeń, gdyby nie szerokie, proste i dobrze oznakowane drogi, mnóstwo ścieżek rowerowych, gdyby nie wielkie mosty i to że w sklepach płaci się koronami, gdyby nie rowerzyści witający się mimo tego, że się nie znają… gdyby nie to wszystko, to można by pomyśleć, że jesteśmy w Polsce.

006

Wręcz automatycznie po wyjściu z namiotu udałem się do cienia. Panowała taka atmosfera, że nic nam się nie chciało. Urok sytuacji prysł, gdy spostrzegłem na nodze kleszcza. Chyba już nie żył, zabity niezbyt przyjemnymi zapachami :)

014

Całe szczęście odpadł sam z siebie. Jednak gdy zdjąłem koszulkę zauważyłem jego kolegę, który widocznie chciał zostać na dłużej, bo wsadził mi głowę pod skórę. Polewanie go wodą utlenioną nic nie dało. Podumaliśmy, spakowaliśmy się i ruszyliśmy na poszukiwania szpitala. Napotkanej pani spytaliśmy gdzie go szukać. Odpowiedziała, że ‘no, no hospital. There is a doctor in Farjestaden’. Powiedziała to tak szybko, że upewniłem się tylo, że chodzi o “F… something” :) Miła pani przy okazji uzupełniła nam zapasy wody z kranu. Jechaliśmy dosyć prędko i szybko okazało się, że ten ich ‘doctor’ to całkiem niezła przychodnia. Pani doktor spytała, czy mam papier i jak się okazało formularz E111 okazał się przydatny :) Ładną pęsetą wyrwała skurczybyka. Powiedziała, że jeśli pojawi się biegunka i zaczerwienie, mam wrócić.

018

Wychodząc skorzystałem jeszcze z łazienki i z umywalki zrobiłem sobie mały prysznic ;) Uradowany dobrą nowiną dostałem nowych sił. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze lokalny supermarket, w którym kupiłem jogurt i chleb. Jadąc tak sobie radośnie trafiliśmy na miasteczko Graborg, gdzie według mapy miały znajdować się ruiny zamku. Skręciliśmy więc w polną dróżkę i po kilku minutach ujrzeliśmy je. Znajdował się tam także ponad tysiącletni cmentarz. Dalej udaliśmy się w stronę N.Mockeby. Zaiste nazwy szwedzkich miast są niezwykle oryginalne. Spotkaliśmy rowerzystę, którego już wcześniej widzieliśmy. Okazał się być Niemcem. Przyjechał z Berlina do Świnoujścia (jak stwierdził, nie da się tego wymówić; “a lot of sz, cz”). Stamtąd udał się do Ystad, a podróż zaplanował na około 6 tygodni. Pewnie jeszcze go spotkamy. My udaliśmy się na północ w poszukiwaniu ciepłej strawy. Minęliśmy Runstten, gdzie jak w każdym innym szwedzkim miasteczku mieszkańcy każdą wolną chwilę poświęcają na pielęgnację trawniczków :)

021

Gdy dotarliśmy do Langlot, byliśmy już bardzo głodni. Zauważyliśmy ciekawą restaurację na jednym z podwórzów, a jako, że muzyka też była oryginalna, postanowiliśmy się rozejrzeć. Miły starszy pan od razu do nas podszedł i poczęstował nas tłustymi żeberkami. Zdaje się, że był to Argentyńczyk, bo przed wejściem wisiały dwie flagi - szwedzka, oraz niebieska z białym pasem w środku oraz słońcem. Ceny nas trochę przeraziły - zestaw obiadowy pod tytułem ‘pampas’ kosztował 130 koron. Jednak drobny poczęstunek wywołał u nas ślinotok i w rezultacie miły pan zyskał nowych klientów :)

023

Jego córka ma zapewne niezłe doświadczenie we wmawianiu ludziom, czego potrzebują, bo do rachunku dopisała dwie duże sałatki a dodatkowo wcisnęła nam picie nalewając je zanim zdążyliśmy powiedzieć, że go nie potrzebujemy ;) Całe szczęście okazało się, że sałatek, jak na Szwecję przystało, można sobie nakładać do woli. Tak też zrobiliśmy. Najedliśmy się tak, że trudno było nam się podnieść. Pojechaliśmy jeszcze trochę na północ i skręciliśmy na wschód w stronę wybrzeża. Po kamienistej ścieżce dojechaliśmy nad morze, skąd ze swoich domków wyjeżdżali właśnie Szwedzi.

025

Jedna z pań porozmawiała z nami i powiedziała, że możemy tu przenocować, co do czego starsi Szwedzi mieli chyba wątpliwości. W każdym razie, co ciekawe, silnik w łodzi zostawili. Od razu widać, że to nie Polska :) Rozbiliśmy namiot i szybko weszliśmy do środka, bo nie wiadomo skąd pojawiły się nagle strasznie wredne muszki. A nad brzegiem słychać było kaczki, gęsi i inne ptaki. Wcześniej widzieliśmy też łabędzie. Przejechaliśmy niewiele, bo niecałe 54 km, ale to przez incydent z kleszczem. Jutro będzie lepiej. Przy rozkładaniu namiotu na nodze znów zauważyłem kleszcza, ale szybko go ścisnąłem. Nie żyje :) Dobranoc.

Dzień 6 (06.08.2004)
117.17 km. Tyle dzisiaj przejechaliśmy :) Już nieźle, ale jesteśmy zmęczeni. Jadąc na północ mili ludzie polecili nam zobaczenie ‘very beautiful place’.

026

Ależ oni się wszystkim podniecają. Normalna plaża i ruiny, jak zwykle ;) Ludzie jadący na rowerach często nas pozdrawiali, a jeden pan siedzący w ogrodzie na znak zachęty uniósł nawet do góry kciuk. To miłe i dodaje siły.

029

Tego dnia wyruszyliśmy stosunkowo wcześnie. Często robiliśmy sobie postoje na mały posiłek. Nie sądziłem, że można zjeść pod rząd dwa marsy :) Jadąc na północ skręciliśmy trochę na zachód aby zobaczyć drugie wybrzeże wyspy. Moim zdaniem jest ono o wiele ładniejsze, niż wschodnie. Występują bardzo ciekawe skały i można sobie robić efektowne zdjęcia :)

031

Ruszyliśmy dalej i po kilku godzinach dotarliśmy wreszcie do Lasu Troli. Co było do przewidzenia, był to normalny las ;) Wystąpiło kilka ciekawych drzew, ale poza tym nie wyróżniał się niczym szczególnym. Z powodu licznych kamieni jazda z ciężkimi sakwami była niemożliwa i rowery musieliśmy prowadzić. Przez las prowadzą trzy trasy, wybraliśmy najdłuższą. Pod koniec drogi wyszliśmy na chwilę na kamienistą plażę. Na brzegu leżał rozbity statek stanowiący zapewne jedną z lokalnych atrakcji :)

038

Wyjechaliśmy z lasu. Słoneczko powoli zachodziło, więc trzeba było pomyśleć o noclegu. Widzieliśmy wcześniej kemping i postanowiliśmy go odszukać. Okazało się, że mamy pecha do kempingów i dotarliśmy do niego dopiero po godzinie poszukiwań :) Od razu wybiegła do nas pani z cennikiem. Jedna noc miała kosztować 90 koron, ale potem okazało się, że rowerzyści mają zniżkę i dostaliśmy 10 koron z powrotem. Będzie na jogurt. Wreszcie udało nam się wziąć prysznic i umyć zęby ;) Co prawda prysznic był zimny, bo okazało się, że aby mieć ciepłą wodę trzeba wrzucić 1 koronę, a my nie mieliśmy drobnych. Nasze okrzyki (wszak wystąpił szok termiczny) przywiodły pewnego pana, który stwierdził, że może nam dać na ciepłą wodę, ale ładnie podziękowaliśmy, bo przecież trzeba być twardym ;) Pewnie pomyślał sobie, że u nas w Polsce, to trzeba lód kruszyć, żeby mieć wodę.

Dzień 7 (07.08.2004)
Wstaliśmy dosyć wcześnie, ale wyruszyliśmy dopiero około 13. Na kempingu woda była niesmaczna, ale zrobiliśmy sobie zupę. Początkowo jechało się fatalnie z powodu wielkiego upału. I pomyśleć, że wzięliśmy ze sobą polary i tyle innych ciepłych ubrań :) Niestety nie pojechaliśmy już zobaczyć latarni w Byxelkroku.

042

Na nogi postawiły mnie dopiero dwa marsy. 60 km do Borgholmu przejechaliśmy stosunkowo szybko. Miasto dość ładne, chociaż bardzo podobne do innych. Kupiłem jogurty i chleb i pojechaliśmy dalej.

046

W Langlot nie omieszkaliśmy wstąpić na pampasa ;) Potem bardzo długo szukaliśmy noclegu. W pewnym momencie pojawiła się mgła i widoki były niesamowite. Jeździliśmy w okolicach miasta Algutsrum, w którym nocowaliśmy kilka dni wcześniej. W trakcie jazdy przyłączyli się do nas lokalni rowerzyści, z którymi urządziliśmy sobie małe zawody. Nie podejrzewałem, że z tak ciężkimi sakwami można przez dłuższy czas jechać prawie 40 km/h :) Dopiero przed północą udało nam się odnaleźć boisko, na którym rozbiliśmy namiot. Przejechaliśmy 119.7 km.

Dzień 8 (08.08.2004)
Znów nocowaliśmy na boisku, ale tym razem obeszło się bez kleszczy. Wyjechaliśmy przed 14. Cóż :)

047

Gdy dojechaliśmy do Farjestaden, okazało się, że czeka na nas autobus kursujący przez ten wielki, 6-kilometrowy most. Co ciekawe, przejazd jest za darmo, a do tego autobus ma specjalną przyczepę, do której są przyczepiane rowery. Ta sytuacja zrobiła na mnie spore wrażenie. Musieliśmy niestety na czas podróży odpiąc sakwy, aby czegoś przypadkiem nie zgubić :) Po niedługim czasie dotarliśmy do Kalmaru, przyczepiliśmy sakwy i skierowaliśmy się do centrum miasta.

049

Po drodze minęliśmy miejsce, gdzie radośnie kicały sobie króliczki :) a obok spacerowały bernikle kanadyjskie. I to wszystko właściwie w środku miasta. Niewiele dalej ludzie kąpali się w morzu w otoczeniu pływających sobie spokojnie łabędzi. Raj na ziemi :)

051

Zwiedziliśmy zabytkową część miasta, zrobiliśmy kilka zdjęć i pojechaliśmy uzupełnić zapasy żywnościowe. Usiedliśmy na ławce obok sklepu, w którym wcześniej kupiłem jogurty, KitKaty, butelkę Pepsi oraz wodę o smaku cytrynowym ;) Siedzieliśmy tak i karmiliśmy szwedzkim chlebem szwedzkie wróble i kawki.

055

Dopiero około 17 ruszyliśmy w dalszą drogę, na południowy zachód. Jechaliśmy głównie ścieżkami rowerowymi. Było bardzo gorąco, co wpływało na to, że nie bardzo chciało się jechać. Za to wieczorem jechało się wybornie :) Dojechaliśmy do Parydu. W centrum zauważyliśmy małą pizzerię i postanowiliśmy się posilić. Pizza nie była zbyt tania, 105 koron to jednak sporo pieniędzy. Ale nie mieliśmy wyboru, a coś ciepłego trzeba było zjeść. Rozbiliśmy namiot obok wodospadu. Myślałem, że przy takim delikatnym szumie wody fajnie się będzie spało. Myliłem się ;) Przejechaliśmy ponad 55 km.

Dzień 9 (09.08.2004)
Niewątpliwie była to już droga powrotna. Mieliśmy sporo czasu i leniwie posuwaliśmy się na południe. Przejechaliśmy tylko nieco ponad 52 km. Z Parydu pojechaliśmy do Torsas. Przy okazji dowiedziałem się, że nazwę tego ostatniego wymawia się ‘toszos’.

056

Było tak ciepło, że odechciewało się wszystkiego, szczególnie, gdy nie bardzo mieliśmy warunki by się wykąpać. Znów nocowaliśmy w parku nad stawem.

Dzień 10 (10.08.2004)
Obudziliśmy się, złożyliśmy namiot, siedliśmy na ławeczce, zjedliśmy to co zwykle - kabanosy ze szwedzkim chlebem posmarowanym pasztetem tudzież tuńczykiem ;)

057

Mili państwo przywitali nas ‘hello again’ i powiedzieli, że w mieście Salleryd jest najstarszy sklep, o ile dobrze zrozumieliśmy :) Faktycznie jechaliśmy już tamtędy i widzieliśmy i był tam stary sklep ponoć najpopularniejszej w Szwecji sieci ICA nara. Ale żeby robić z tego atrakcję turystyczną? :)

059

Pojechaliśmy w kierunku Rodeby, ale dość okrężną drogą. Bardzo fajnie było jechać kilka kilometrów drogą przez las. W Rodeby zjedliśmy pizzę (trzeci dzień pod rząd) ‘La mafia’ a miły pan dał nam jako przystawkę kiszoną kapustę. To u nich pewnie niezły rarytas. W Lyckeby w supermarkecie Konsum nauczyłem się natomiast obsługiwać maszynę do oddawania pustych butelek. W życiu czegoś takiego nie widziałem :)

061

Pojeździliśmy chwilkę po mieście, ale całe szczęście szybko udało się znaleźć boisko. Rozbiliśmy namiot i szybko położyliśmy się spać. Gdy zgasiliśmy światło, usłyszeliśmy czyjeś kroki. Zdaje się, że dwie osoby upojone półprocentowym szwedzkim piwem chciały sobie zażartować i nas przestraszyć robiąc ‘uuu’. Tego im było chyba za mało, bo zaczęli szeleścić namiotem. To już była przesada :) więc zapytałem grzecznie ‘hello? who is there?’. To ich speszyło i sobie poszli.

Dzień 11 (11.08.2004)
Gdy wyszliśmy z namiotu, zaczęły do nas strzelać dzieci krzycząć ‘fire, fire!’. Tego było za wiele. Złożyliśmy namiot i pojechaliśmy do Karlskrony :)

062

W zatoczce usiedliśmy sobie na ławeczce i zjedliśmy śniadanie. Pojechaliśmy do centrum, pojeździliśmy po uliczkach i tak pozwiedzaliśmy miasto. Siedliśmy na ławce na deptaku, oczywiście nieopodal supermarketu ;) Jak zwykle skończyło się na jogurtach.

063

Potem pojechaliśmy do portu, pokręciliśmy się trochę i skierowaliśmy się w stronę nabrzeża, gdzie miała zacumować Stena Baltica. Zrobiliśmy zdjęcie i pojechaliśmy na odprawę. Pan kierujący ruchem skierował nas na jeden z pasów, który okazał się cały nasz. Dopiero potem pojawiły się za nami samochody, a chwilę później ujrzeliśmy znajomych z Olsztyna. Pojawiło się również kilku nie znanych nam rowerzystów z ogromnymi plecakami. Długo zastanawialiśmy się o co chodzi, bo przecież tak się nie da jechać.

067

Potem okazało się, że bagaże jechały za nimi w samochodzie :) Na promie rozmawialiśmy i dzieliśmy się wrażeniami ze znajomymi rowerzystami i chłopakiem, który pracował w Szwecji. Oczywiście każdy zauważył zamiłowanie Szwedów do koszenia trawników ;) Około drugiej w nocy znaleźliśmy nasze miejsca sypialne, ale okazało się, że w kabinie z naszymi fotelami lotniczymi :) jest niezbyt cicho i niespecjalnie pachnie. Zdrzemnęliśmy się więc na rufie statku. Ponieważ na środku morza jest trochę chłodno, po krótkiej drzemce wróciliśmy do środka. Zaczepił nas pijany Szwed i proponował pracę, ale z pijanymi Szwedami nigdy nic nie wiadomo, więc poprzytakiwaliśmy trochę i powiedzieliśmy, że idziemy spać ;)

069

Potem jeszcze kilkukrotnie nas prześladował i musieliśmy go unikać. Spaliśmy łącznie chyba niecałą godzinę, ale za to można było obejrzeć i uwiecznić wschód słońca na morzu. O szóstej rano otworzyli kawiarnię, gdzie w wygodnych siedzeniach jeszcze trochę pospaliśmy. Około siódmej prom wpłynął do portu i niewiele później byliśmy już w Polsce. W Szwecji przejechaliśmy 670 km, i mimo, że początkowo zakładaliśmy dużo więcej, to i tak uważam, że podróż była bardzo udana :)

FAQ ;)
Pytanie: Co każdy Szwed ma w garażu?
Odpowiedź: Kosiarkę i rower.

Pytanie: Co każdy Szwed robi w wolnym czasie?
Odpowiedź: Kosi trawniczek albo jedzie do sklepu po jogurcik.

Pytanie: Jakie fajne rejestracje mają samochody w Szwecji?
Odpowiedź: Na przyklad GNU, SSL, PHP, AMD, JNE, TMP, TUX, BSD, MPK, MSW, UOP, CMP, SHR, NOT, TNT

Pytanie: Lody Algida w Holandii nazywają się Ola. A w Szwecji?
Odpowiedź: W Szwecji nazywają się GB Glace.

Pytanie: Ile kosztuje w Szwecji KitKat?
Odpowiedź: KitKat kosztuje około 3 PLN.

Pytanie: Czy to prawda, że w Kalmarze w środku miasta rosną jagody i maliny?
Odpowiedź: Tak.

A poniżej jeszcze raz wszystkie zdjęcia, gdyż w opisie podróży nie udało mi się umieścić wszystkich :)